Trzydziesto-dziewięcioletnia Madonna Louise Ciccone mogłaby z łatwością nagrać płytę w ckliwym stylu Celine Dion. Ale stworzyła „Ray of light”, najbardziej ryzykowną i szczerą płytę w swej karierze.
Gdy muzyk, którego korzenie sięgają undergroundowej wrażliwości, osiąga wielki sukces, ma trzy możliwości: może trzymać się tego co zna, dopóki publiczność się nie znudzi, a źródło inspiracji nie wyczerpie się; może utrzymać swą popularność schlebiając gustom publiczności, lub podążyć w nieznane, licząc na własny instynkt i na wierność fanów.
Madonna, niespokojna dusza, nie mogłaby wybrać pierwszej opcji - wtórność doprowadziłaby ją do szaleństwa. Mogłaby za to – jak większość jej sławnych rówieśników - wybrać opcję drugą. Material Girl łatwo przyszłoby podczepienie się pod Puffa Daddy’ego, pocięcie własnych nagrań na sample i zaangażowanie paru, mogących spodziewać się rychłego zastrzelenia, raperów z ulicznego gangu. Madonna plus Puffy plus dyskotekowa tandeta w stylu Ronco plus Wu-Tang-Clan? Domyślacie się, że amerykańska młodzież nie kupiłaby takiego gówna.
Jak przystało na najsprytniejszą businesswoman muzyki pop, Madonna rzadko kiedy obierała kierunek mogący jej zaszkodzić. Ale drażnienie homofobów z pomocą gejów i lesbijek pozujących na kartach jej książki „Sex”, na pewno nie było bezpieczne. Z pewnością też dokonała kilku mało trafnych wyborów filmowych.
Zatem jedynym rozsądnym wyjściem dla jedynej, wciąż rozwijającej się ikony lat 80., było nagranie płyty będącej mieszanką niesamowitej twórczej introspekcji i zmyślnej elektronicznej egzotyki.
W ten sposób Madonna wciąż oddziałuje na słuchaczy. Tak jak kiedyś oświadczyła, iż nie żałuje opowiadania o swoich fantazjach erotycznych, tak teraz nie żałuje skupienia się na własnym wnętrzu i wykorzystywania języka, poznanego w trakcie podróży do centrum swej czakry (sanskr. kanał energetyczny w ciele). Na nowym albumie, „Ray of light”, śpiewa o karmie, cytuje mistyczne księgi, interpretuje sanskryckie pisma, tak jak robiła to na lekcjach jogi, całuje na pożegnanie swych emocjonalnie okaleczonych kochanków i nuci kołysankę swej córce Lourdes. Madonna nie zatraciła swej umiejętności zjednywania sobie i prowokowania innych, a w swym egoistycznie penetrującym wnętrze autorki charakterze, „Ray of light” jest najbardziej radykalnym i szczerym dziełem Madonny.
Pozbawione seksualnego podtekstu utwory nie rozgrzewają od razu, ale brzmienie stworzone przez Williama Orbita (a w czterech utworach przez przywołującego brzmienie Massive Attack, Mariusa De Vriesa) ma w sobie energię, a wokal Madonny, wypracowany nową techniką, jest pod kontrolą. Madonna jest szczera do tego stopnia, że sporadycznie - acz we wstrząsający sposób - szczerość ta zmienia się w niezręczność. Kiedy śpiewa małej Lourdes: „Tchniesz życie w moje złamane serce”, zmienia bezwstydnie sentymentalny slogan w przejmujące wyznanie.
„Jeśli wyglądam tak, jakbym dopiero wstała z łóżka, to tak jest” oświadcza Madonna podjeżdżając pod sąsiednią kawiarnię bez ochroniarza, asystentki czy rzeczniczki. Ma na sobie nijaką, czarną, szydełkowaną bluzkę, czarne spodnie i odpryski na pomalowanych czarnym lakierem paznokciach. Brązowe odrosty przechodzą w splątane kosmyki w kolorze miedzianego blondu. Na koniec wywiadu Madonna grzecznie odmawia dziennikarzowi proszącego o wspólne zdjęcie. „Może następnym razem, gdy nie będę wyglądać jak stara wiedźma” - proponuje. W trakcie wywiadu pozostaje szczera. Próbowała nawet być uprzejma w swych komentarzach na temat Yanniego. Czasem tęsknię za starą Madonną…


![[AKTUALIZACJA] Kompletna sesja dla Dolce & Gabbana!](http://www.madmadness.pl/images/news/hot_news260.jpg)

